Jestem katoliczką. Ale tak naprawdę co to oznacza? Jaki ma to wpływ na moje życie codzienne, na wszystkie małe sprawy, na dokonywane wybory?
środa, 31 stycznia 2007

Pamiętaj, abyś dzień swięty święcił

I nie chodzi tu tylko o udział w mszy św. - to wydaje się oczywiste. Istotne jest także to, aby niedziela (czy inny dzień świąteczny) był inny niz codzienność. Moim zdaniem najlepiej oddaje to nieco staroświeckie określenie, że pewnych rzeczy w niedzielę po prostu nie wypada robić. 

Nasz obecny styl życia  jest zupełnie inny niż kiedyś. Zabiegani i zapracowani w ciągu tygodnia, w weekendy staramy się nadrobić jednocześnie wszystkie zaległości życia prywatnego. I mamy na to 2 doby - a z piątkwoym popołudniem nawet nieco więcej. A więc sprzatamy, robimy zakupy, uprawiamy działkę, spotykamy się z rodziną i pzryjaciółmi. To wszystko tez jest męczące, ale w inny sposób niż codzienność. I jest dobrze, pod warunkiem,ze udaje nam się tak zaplanować czas, aby np. kopanie działki zmieściło się w sobotę, a pójście do kina - w niedzielę. 

W tym momencie od razu nasuwa mi się na myśl problem pracy zawodowej w niedzielę. Przez ładnych kilka lat pracowałam w takim miejscu, gdzie praca odbywała się w ruchu ciągłym - 24 gdziny, 7 dni w tygodniu. Niejeden dzień świąteczny spędziłam więc w pracy. Zawsze pamiętając o pójściu na mszę (przed lub po pracy) - stawałam przed wyższa koniecznością i wcale sie tym nie przejmowałam. Tym bardziej, że takie niedzielne dyżury na ogół były zdecydowanie spokojniejsze, było mniej pracy, a więc  też czuło się trochę atmosferę świateczną .
Zdecydowanie gorzej mają obecnie eskpedientki w sklepach , szczególnie hipermarketach. Może dlatego co pewnien czas politycy powracają do tematu zamykania centrów handlowych w niedzielę i święta ? Chociaż nie rozumiem, dlaczeo szafując szczytnymi ideałami wiary katolickiej, z premedytacją wyłącza się z tego myśłenia małe sklepy osiedlowe ? Wygląda mi to jednak na podłoże zdecydowanie bardziej materialistyczne. W każdym razie, bedąc zwolenniczką wolnego rynku - nie ingerowałabym w sposób sztuczny w tą niedzielną pracę. Ja sama bardzo rzadko robię zakupy w niedzielę, ale wynika to głównie z faktu, że  akurat w neidzielę lubię zwolnić tempo i zająć się przyjemniejszymi sprawami niż bieganie pomiędzy sklepowymi półkami. Może gdyby więcej osób miało takie podejście - część hipermarketów byłaby w niedzielę zamknięta z powodów małej opłacalności ? Chociaz możliwy jest też wariant wprowadzenia super promocji obowiązujących tylko i wyłącznie w niedziełę - efekt byłby wiec zupełnie przeciwny . 

Rozważając trzecie przykazanie nie mogę też pominąć swojego stosunku do "ważności" mszy św. w sobote wieczór. Nie pamiętam właściwie od kiedy, ale od kilku co najmniej lat ta msza jest uznawana za ważną za niedzielę. I strasznie mi to zgrzyta. Rozumiem, że jest to dobre w przypadku gdy nie można pójśc do kościoła w niedzielę. Nie wyobrażam sobie jednak sytuacji, gdy idę w sobote do kościoła, gdyz w niedzielę mamz zamiar przesiedzieć cały dzień przed telewizorem lub poleżec na plaży . Czuję naprawdę silny opór  przed taką interpretacją tgo przykazania - a robi to wcale nie tak mało osób. 

Wydziwiam czy mam rację ?             

wtorek, 30 stycznia 2007

Nie będziesz brał imienia Pana Boga twego nadaremno

 Wydawać by się mogło,  że jest to jedno z "łatwiejszych" do wypełnienia przykazań . I może dlatego tak czesto jest łamane ? W końcu bez problemu można zacząc się pilnować i nie używać tak potocznych zwrotów jak "klnę się na  Boga"  , "Boże widzisz i nie grzmisz" i mnóstwo podobnych, kompletnie nic nie mających wspólnego z modlitwą. To tylko takie powiedzonka,... 

Kiedyś usłyszałam, ze Pana Boga nie należy prosić o pieniądze. Nie wiem z czego wypływa to twierdzenie, ale ma w sobie głęboka prawdę . Choćby nie wiadomo jak banalnie to zabrzmialo , ale pieniądze jako takie nie dają szczęścia. Jak w krążącym po sieci wierszyku - "za pieniądze kupisz lekarstwo,  ale nie kupisz zdrowia itd." Oczywiście, tez mi się wydaje, że ja byłabym wyjątkiem , jakąś niespodziewaną wygraną na loterii na pewno wydałabym mądrze, pamiętając o innych itp. .Ale kto to wie naprawdę ? A może z wygranego miliona kupiłabym samochód i spowodowałabym wypadek, który przyniósłby mi kalectwo ? Może Pan Bóg chcąc mojego dobra - oszczędza mi tego .

A zgubić się w proszeniu Pana Boga "o wszystko" jest tak łatwo . Pamiętam niesamowity żal, rozczarowanie, a jednocześnie też swoistą wsciekłość jednego ze znajomych kapłanów, który opowiadał mi kiedyś, jak bezmyśłnie ludzie potrafią się modlić . Jedna z Jego parafianek zgłosiła sie kiedyś z prośbą o odprawienie mszy św. w intencji pomyśłnego przebiegu operacji córki. Jako że parafia była mała, wszyscy się znali - zaczął się dopytywać z troską co się stało, na co córka choruje, moze trzeba sprowadzić jakieś leki (były to czasy stanu wojennego, w aptekach sprzedawano na receptę dla wrzodowców kisiel)  . W końcu przyciśnięta do muru przyznała się, że  ta operacja to aborcja ....
Niewiele brakowało, a księdza udało by się oszukać. Ale czy liczyła na to,że Pan Bóg również da się oszukać ?

Wzywajmy więc imienia Pana Boga w sprawach tylko dobrych ....  

niedziela, 28 stycznia 2007

Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną

Takie niby proste i oczywiste - przecież nie mam zamiaru przejść na przykład na islam . Ale w tym przykazaniu chodzi jednak o coś więcej. Takim bożkiem mogą być pieniądze, władza, a nawet komputer czy inne hobby.  A człowiek tak łatwo sam siebie usprawiedliwiając i znajdując sobie wytłumaczenie może nawet nie zauważyć, że cos innego przesłoniło mu to co najważniejsze.
Ja u siebie tego nie zauważyłam, ale czy na pewno wszystko widzę ?

Nie pamiętam dokładnie kiedy to było - mniej więcej kilkanaście lat temu byłam służbowo na jakimś dwudniowym sympozjum. Impreza sponsorowana przez dostawców sprzętu (Niemcy i Francuzi) - standard : rano prezentacja , po południu wycieczka do pobliskiego miasteczka z różnymi zabytkami , a wieczorem (do białego rana) kolacja koleżeńska.  Nawet nie pamiętam dlaczego znalazłam sie na liście zaproszonych - wówczas nie byłam nikim ważnym w mojej firmie. W każdym razie czułam się wyróżniona i nieco onieśmielona. W trakcie wycieczki zwiedzaliśmy m.in. zabytkowy kościół. Oprowadzał nas tam nawet jakiś przewodnik . Pamiętam dokładnie moment, gdy przechodziliśmy przed ołtarzem z Najświętszym Sakramentem. Wyraźnie widoczna "wieczna lampka". Wszyscy przechodzą , ja też . Na końcu grupy szedł jeden z uczestników , który w zupełnie naturalny sposób ukląkł przed ołtarzem , przeżegnał się , wstał i ruszył dalej za grupą. Nie znałam go wcześniej , do dziś nie wiem kto to był, ale straszliwie mu zazdrościłam. I sama nie wiem czego : odwagi ? niezależności?  Moralnego kaca mam do dziś, tkwi to we mnie jak zadra. 

Od tamtej pory moja wiara jakby okrzepła. Nie muszę już nawet samej sobie tego udowadniać, gdyz traktuję to w zupełnie naturalny sposób, daleki od sztuczności i popisywania się. Wspominając jednak tamto wydarzenie, mam uczucie jakby zaparła się Boga. I sama nie wiem, dlaczego ? Co było dla mnie w tamtym momencie bożkiem ? 

Na szczęście człowiek może uczyć się na własnych błędach. I jak dobrze, ze Bóg jest miłosierny i odpuszcza nam nasze grzechy ....       

Bóg Ojciec

Jam jest Pan, Bóg Twój,
który cię wywódł z ziemi egipskiej,
z domu niewoli .

Jakoś mało te słowa do mnie przemawiają - nie czuję ich. Wiem, ze Żydzi  to nasi "starsi bracia w wierze", ale mam wrażenie, że nie do mnie jest to skierowane. Może wynika to ze zbyt powierzchownej znajomości Starego Testamentu ? Tam przecież tkwią korzenie chrześcijaństwa. Muszę nadrobić braki i wrócic do tematu później. 

sobota, 27 stycznia 2007

Będziesz miłował Pana Boga twego z całego serca swego,
z całej duszy swojej i ze wszystkich myśli swoich .  
A bliźniego swego jak siebie samego .

Te słowa chyba najlepiej oddają istotę chrześcijaństwa. I są tak bardzo trudne do realizacji na co dzień . Jak można kochać kogoś kto nas skrzywdził ? Jest to sprzeczne z poczuciem sprawiedliwości, prawda ? W "Krzyżakach" Henryka Sienkiewicza (na marginesie - nie mogę zrozumieć dlaczego dzisiejsza młodzież nie lubi jego powieści) jest piękna scena, w której okaleczony Jurand ze Spychowa mając możliwość zemsty na swoim oprawcy - puszcza go wolno . Scena wzruszająca, ale taka nieżyciowa. Zło powinno być ukarane, a my ludzie jesteśmy niecierpliwi i sami chcemy osądzać i wymierzać sprawiedliwość . Z drugiej jednak strony - jak nie ukarać np. pedofila wykorzystującego dzieci czy mordercy ? Wiadomo, ze trzeba to zrobić. Problem kary nie wyklucza jednak naszego wewnętrznego przebaczenia :"i odpuść nam nasze winy jak i my odpuszczamy naszym winowajcom"   Jest to niesamowicie trudne, prawda ? A jednak trzeba przynajmniej się starać. 

Moje efekty w tych staraniach nie są porażające. W sytuacji gdy ktos zaszedł mi za skórę, a potem sam ma jakies kłopoty - moja pierwsza myśł to "a dobrze ci tak !" . Ale udaje mi się przynajmniej samej nie mścić. Dla własnej satysfakcji,  w sytuacji, gdy mam okazję odpłacić "pięknym za nadobne" - najczęściej tego nie robię .Wpadając przy tym w samozachwyt "jaka to ja jestem dobra" - tez czynię źle i stararm się wówczas zdławić w sobie to uczucie. I coraz częściej mi się udaje pomagać innym w "niewidzialny" sposób. Przecież Bóg widzi wszystko.
Chociaż miłe to uczucie, gdy ktoś zobaczy, doceni, podziękuje ...       

Myślę, że przykazanie miłości wpisuje się również w debatę o karze śmierci. I patrząc na ten problem właśnie przez pryzmat "kochania bliźniego swego" - nie mamy prawa odbierać nikomu życia. Czy nam się to podoba czy nie - każdy ma prawo do nawrócenia i zbawienia, a boskie wyroki są niezbadane. Najgorszy zbrodniarz może się w każdej chwili zmienić ... 

I gdy nie udaje się nam pokochać - starajmy sie chociaż nie nienawidzieć .                       

piątek, 26 stycznia 2007

 Ikona

Mam takie swoje magiczne miejsce. w którym nabieram sił . To kościół Św.Mikołaja w Gdańsku . Wystarcza mi nawet krótka modlitwa przed obrazem Matki Boskiej Zwycięskiej - zeby nabrac sił ... Za każdym razem , gdy jesteśmy w centrum Gdańska, zawsze tam wchodzimy . Czasem tylko na 2,3 minuty , ale - obowiązkowo. Zrobił się z tego nasz rodzinny zwyczaj - ściśle pielęgnowany. W końcu tak bardzo związaliśmy się z tym miejscem . Matka Boska Zwycięska wysłuchiwała już tylu naszych modlitw . Naprawdę wychodzę stamtąd wzmocniona. To tak jakby przyjśc do Matki i poprosic o radę i pomoc czy wypłakac swoje kłopoty i troski.

I od kwietnia ubiegłego roku - wychodzę rzeczywiście z łzami płynącymi po policzkach. Sobota przed Świętem Miłosierdzia, nagle, niespodziewanie, po 40 minutach bezskutecznej reanimacji ...

Pan Bóg zabiera  ludzi w najlepszym dla nich momencie . Płaczą ci, którzy pozostają .
I dlatego wraz z synem miesiąc potem , w prezencie na niedoszłe 45-te urodziny moglismy już tylko zamówic mszę za spokój duszy właśnie w naszym  ukochanym kościele. 

A teraz "wpadając" na chwilę do Św.Mikołaja - potrzebujemy kilku minut więcej . Doszła nam modlitwa przed obrazem Jezusa Miłosiernego. 

Jezus Miłosierny   

A mi doszło nowe magiczne miejsce - chociaż trochę inne w swojej wymowie. Ale odwiedzając grób na największym gdańskim cmentarzu, widząc co chwila przybywające nowe mogiły, które najdobitniej świadczą  o tym, jak kruche jest życie i jak w obliczu śmierci nieważne są wszystkie problemy codzienności - uspokajam się . Na co dzień zabiegana, zestresowana -  tam nabieram dystansu do tego wszystkiego i zwalniam tempo. 

I jak to powiedział próbujący mnie pocieszyć jeden z moich znajomych - "jesteś wierząca - jest Ci łatwiej" . Powiedział to jakby z nutą żalu ? I miał rację - wierząc w Boga - widzę inny sens życia i smierci. 

Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie .....           

środa, 24 stycznia 2007

Kilka ostatnich dni mam nieszczególnych . Problemów dnia codziennego przybywa i starając się nie upadać na duchu - chwilami czuję ,że już nie daję rady. Jednym słowem - mam chandrę . Terminu depresja nie używam od czasu gdy widziałam zaawansowany jej przypadek - ze mną aż tak źle nie  jest .

Dzisiaj wszystkie media wspominają zmarłego wczoraj Ryszarda Kapuścińskiego . W trakcie jednej z takich dyskusji usłyszałam pytanie dziennikarza "czy był przygotowany na śmierć ?" . Ten fragment rozmowy rozkleił mnie zupełnie . Czy ja jestem przygotowana na śmierć ?  9 miesięcy temu widziałam jak niespodziewanie i szybko moze się to stać . I po prostu boję się . I myślę od razu o tych wszystkich ważnych sprawach , które jeszcze trzeba pozałatwiać . I o tym co chciałabym , a co naprawdę po mnie pozostanie . Pomijając najbliższych - pewnie będzie kilka osób , które wieść o mojej śmierci trochę by zasmuciła . Może ktoś by się ucieszył ? W pracy - no cóż , smutne , ale w globalu wielkiej firmy - jeden etat mniej do zoptymalizowania (tak się u nas nazywa redukcję etetów - optymalizacja zasobów ludzkich) .

Z czym jednak stanę przed Panem Bogiem ? Dostałam trochę "talentów" ? Zakopałam je czy pomnożyłam ? Jak wiele jest czynów i słów, które chciałabym cofnąć ?
Doskonały temat do wieczornych rozmyślań , ale nastroju to mi nie poprawi .....

poniedziałek, 22 stycznia 2007

 Boże , daj mi siłę abym mogła zmienić to co da się zmienić ,
cierpliwość , abym pogodziła sie z tym czego zmienić nie można
i mądrośc abym umiała odróżńić jedno od drugiego .

Słowa stare , pewnie wszystkim znane , ale pasują do uzupełnienia mojej wczorajszej notki "Wiara i zaufanie - jak głębokie ?" . Czytając ją dziś doszłam do wniosku ,że jednak niezupełnie mi o to chodziło . Przecież Bóg dając mi wolną wolę nie chce na każdym kroku za mnie decydować . Nie mogę więc co chwile "puszczać gałęzi" z okrzykiem "Panie Boże , Ty najlepiej wiesz jak mnie uratować" . Są chwile , kiedy trzeba samemu próbować sobie pomóc . Dlatego motto tej notki pogłębia wczorajsze rozważania ....

A niezależnie od tego - wielokrotnie już w swoim życiu przekonalam się , że Pan Bóg pomaga nam w wielu sprawach stawiając na naszej drodze ludzi , którzy chcą i potrafią nam pomóc . Czasem cudem jest ktoś , kto poda nam rękę w odpowiednim momencie . Już dawno temu postanowiłam sobie,że będę się starać na miare własnej niedoskonałości pomagać ludziom w małych drobnych sprawach .Czasem tak niewiele trzeba ,żeby kogoś wesprzeć . I może kiedyś przyjdzie moment , ze ktoś we mnie zobaczy Bożego posłańca , który zjawil sie po to , aby mu pomóć ? Ja często tak odbieram gesty innych ludzi .

Kiedyś usłyszałam słowa , że Pan Bóg daje nam znaki , ale my nie umiemy ich odczytywać . W moim życiu zdarzył się raz cud - wyraźnie ujrzałam ten znak i nie sposób bylo go nie zrozumieć . Wiąże się on jednak z tak istotnym wydarzeniem , ze trudno mi o tym pisać . Może kiedyś do tego dojrzeję ?

A póki co :

"Może jeśli będę dobrm człowiekiem ,
który chce lepszym być każdeg dnia ,
Pana Boga ktoś przeze mnie zobaczy ,
bo chrześcijanin to przecież ja ..."

niedziela, 21 stycznia 2007

Pewnego razu podczas spaceru uważający sie za ateistę człowiek potknął się i spadł ze skały . Chwyciwszy się w ostatniej chwili rosnącego na zboczu drzewka , zwisał nad głęboką przepaścią i wzywał ratunku . Bez rezultatu . W ostatecznej desperacji zaczął wzywac Boga : "Panie Boże , wiem , że w Ciebie nie wierzyłem , ale jeśli mnie uratujesz - to się zmieni . Zacznę chodzic do kościoła i wszystkim ludziom będe głosić Twoją chwałę" . Wtem z nieba odezwał się głos : "Wszyscy tak mówią jak potrzebują pomocy" . Poruszony człowiek zaczął krzyczeć jeszcze głośniej "Ależ Panie , przeciez usłyszałem Twój głos . Już w Ciebie wierzę . Wierzę ,że tylko Ty możesz mnie uratować " .
W odpowiedzi usłyszał :"Skoro naprawde wierzysz we mnie i moją moc - puść gałąź ... "

Ten tekst to opowiedziana własnymi słowami historia przeczytana kiedyś tam w ;Modlitwie żaby" Anthony'ego de Mello . Zmusza do myślenia , prawda ? Czy moja wiara na pewno jest tak głęboka ,że bez zastanowienia puściłabym gałąź ? Czy nie próbowałabym się upewnić ,że Bóg na pewno mnie uratuje ? I jak chce to zrobić ? A najlepiej samej podsunąć pomysł jak ma to zrobić ...
Byłoby to bardzo ludzkie . I szczerze zastanawiając się chociażby nad tym o co prosimy Pana Boga w naszych modlitwach - tak właśnie robimy . Prosimy o konkretne rzeczy , podsuwając gotowe rozwiązania . A czy nie powinniśmy "puścić gałęzi" wierząc w to ,że dobry Bóg wybierze to co dla nas jest najlepsze ?
Trudne to i wiele jeszcze pracy przede mną . Ale staram się .....

Dziś czeka mnie kolęda czyli duszpasterska wizyta w moim domu . Jak co roku - standard . I tak tez do tego podchodzę . Wszystko według z góry ustalonego porządku : krótka modlitwa , sprawdzenie zeszytu od religii syna , kilka standardowych pytań i już . Urozmiacenie miałam w ubiegłym roku kiedy w trakcie śpiewania kolędy zaczął wyć mój  pies .

Nie wiem z czego się to bierze , ale czuję jakiś niedosyt , chciałabym czegoś innego . Tylko ,że właściwie sama nie wiem czego . Przez ostanie 2 lata akurat byli na kolędzie księża , którzy znali dość dobrze mojego syna , rozmowa wykroczyła więc poza zwykły standard i było nawet sympatycznie . Dziś szanse mam mniejsze - w parafii pozostał tylko jeden "zaprzyjaźniony" , pozostałych znam tylko z mszy . Mieszkam w blkowisku , parafia jest duża i rozumiem ,że czas takiej wizyty jest określony do kliku czy kilkunastu minut i nie da się porozmawiać za dlugo . Mimo wszystko jednak czegoś mi zal i czuję jakiś brak .

Jak mogłoby być inaczej ? Pewnie nie ma tu uniwersalnych rozwiązań . Ale juz wiem dlaczego zaczęłam pisać ten blog - widac muszę czasem wyrzucić z siebie to co myślę i czuję ....

 
1 , 2 , 3
| < Styczeń 2007 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Zakładki:






Twoja wyszukiwarka






ministat liczniki.org

Zobacz najciekawsze strony katolickie



Skopiuj CSS