Jestem katoliczką. Ale tak naprawdę co to oznacza? Jaki ma to wpływ na moje życie codzienne, na wszystkie małe sprawy, na dokonywane wybory?

Kontrowersje

poniedziałek, 12 września 2016

Znak pokoju

Przekażcie sobie znak pokoju - te słowa doskonale znane są każdemu uczestniczącemu we mszy św. Reagujemy na nie skinieniem głowy lub (zdecydowanie rzadziej) podaniem ręki. Na ile jest to automatyczny gest? Czy zastanawiamy się nad nim? Jakie niesie przesłanie?

Zdarzyło mi się kiedyś na niedzielnej mszy być świadkiem sytuacji, gdy w sąsiedniej ławce usiadł człowiek wyglądający na bezdomnego. Brudny, strasznie cuchnący - nie było czuć alkoholu, roznoszący się wokół smród był raczej odorem moczu. Wyraźnie też był zawszony?zapchlony? - co chwilę się drapał. Przez całą mszę zachowywał się poprawnie - stawał, klękał - jak każdy. I nagle, tuż przed Komunią Św. , na wezwanie do przekazania znaku pokoju wyraźnie się ożywił i z jakąś rozpaczliwą determinacją zaczął wyciągać do każdego rękę. Nie wiem jaka byłaby jego reakcja, gdyby ktoś nie podał nie podał mu swojej ręki. Nie miałam szansy się o tym przekonać, gdyż każdy do kogo się zwrócił, wymieniał z nim uścisk dłoni. Może nie jest z nami tak źle? I nawet w budzącym fizyczną odrazę człowieku potrafimy zobaczyć naszego bliźniego?

Dlaczego w takim razie akcja "Przekażmy sobie znak pokoju" wywołuje tak wiele ataków? Również ze strony niektórych hierarchów? Czy naprawdę mamy problem z podaniem ręki komuś o innej orientacji seksualnej? Przecież to jakiś chory absurd i to nie tylko dlatego, że z reguły niewiele wiemy o tym, kto siedzi obok nas w ławce. Może być to tzw. przykładny katolik, gej, człowiek żyjący w związku niesakramentalnym itp. itd. Jakie to ma znaczenie? I na jakiej podstawie chcemy oceniać innych?

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że w tej akcji nie chodzi o dosłowne podanie dłoni w trakcie mszy św., sprawa ma znacznie silniejszy wymiar symboliczny. Jednak także w tej warstwie różnica jest niewielka. Każdy człowiek, niezależnie od pochodzenia, wykształcenia, statusu materialnego czy orientacji seksualnej jest naszym bliźnim. Owszem, czyny homoseksualne są grzechem - podobnie jak współżycie w związkach niesakramentalnych. Czy to oznacza jednak, że mamy odrzucać innych ludzi? Sami na pewno jesteśmy lepsi i bezgrzeszni i mamy prawo dyktować, przed kim należy zamknąć drzwi kościoła?

Patronem medialnym kampanii jest m.in. "Tygodnik Powszechny".
Tu ciekawy artykuł na ten temat:

Kampania "Przekażmy sobie znak pokoju"

 

wtorek, 16 sierpnia 2016

Jacek Międlar

Ks.Jacek Międlar jest często nazywany kapelanem polskiej prawicy - tej skrajnej, ultranacjonalistycznej. Znany jest z bardzo ostrego ostrych wystąpień i kazań, nie kryje swoich poglądów politycznych. Ma do tego prawo? Owszem, póki co mamy jeszcze wolność słowa, choć akurat w jego wykonaniu są to słowa pełne nienawiści i całkowitego braku szacunku dla innych poglądów. Niestety,nie jest wyjątkiem - jest wielu polityków mających podobne podejście do przeciwników politycznych, a język naszej debaty publicznej jest bardzo brutalny i pełen nienawiści i pogardy dla innych.

W przypadku ks.Międlara jest jednak inny problem - jest kapłanem. Wydawać by się mogło, że niejako "z urzędu" powinien przynajmniej próbować stosować podstawowe zasady i prawdy chrześcijaństwa. Niestety, w mojej ocenie jest ich zaprzeczeniem. Czy w kontekście przykazania miłości można nawoływać do "stosowania brzytwy" w stosunku do jednej z posłanek? Stosować mowę nienawiści w stosunku do innych? Czy na tym polega głoszenie Ewangelii?

Nie wiem, jakie obecnie miejsce w Kościele zajmuje ks.Międlar. Wcześniej docierały doniesienia, że był przenoszony z parafii do parafii, dostał zakaz wypowiedzi publicznych, ale wszystko to zdaje się bez efektu. Nadal jest bardzo aktywny w mediach społecznościowych, nie zmienił swojego języka i głosi po prostu nienawiść. Kładzie się to cieniem na całym Kościele i jest (powinno być?) problemem do rozwiązania dla hierarchów. Jakoś chyba jednak niewiele się w tym temacie dzieje, czy naprawdę nikomu z Episkopatu to nie przeszkadza? Biorąc pod uwagę, jak skuteczne były działania wobec ks.Adama Bonieckiego czy ks.Wojciecha Lemańskiego - bezradność w przypadku ks.Międlara wydaje się być co najmniej zastanawiająca.
I to mnie martwi - to także mój Kościół, jestem członkiem tej Wspólnoty. Jeszcze nie do końca wybrzmiały słowa papieża Franciszka na ŚDM, a my pokazujemy kapłana, który zaprzecza temu wszystkiemu. I milczących biskupów...


niedziela, 04 października 2015

Tygodnik Powszechny

Gdy w ostatnią środę wzięłam do ręki najnowszy numer "Tygodnika Powszechnego" (jestem pod tym względem konserwatystką, lubię czytać papierowe wydania), byłam pod wrażeniem okładkowego artykułu:

Teologia i przemoc

Jego autor, ks.Krzysztof Charamsa, w spokojny i rzeczowy sposób krytykuje język, jakiego niektórzy używają w wypowiedziach na temat homoseksualizmu. Koncentruje się głównie na medialnej działalności ks.Oko, obficie cytując i podając źródła. Czytając, w pełni zgadzałam się z zawartymi w artykule tezami. Na pewno duży wpływ na to ma także to, że zbyt często czułam się po prostu zażenowana i zniesmaczona wypowiedziami ks.Oko. No niestety, ale nie jest to język, który chciałabym słyszeć w moim Kościele. Nawet potępiając grzech, nie powinniśmy skreślać człowieka. Moim zdaniem ks.Oko zbyt często o tym zapomina, jego wypowiedzi są agresywne i potępiające wszystkich myślących inaczej. Wprawdzie nigdy nie traktowałam go jako oficjalnego głosu Kościoła, ale jednak brak reakcji hierarchów na te wypowiedzi też o czymś świadczy. Ks.Bonieckiego udało się wyrugować z przestrzeni medialnej, w tym przypadku nie widać było nawet takiej próby...
W naszej przestrzeni publicznej i tak jest już stanowczo za dużo przemocy słownej, od ludzi Kościoła (i duchownych i wszystkich świeckich) powinno się oczekiwać raczej tonowania nastrojów, a nie epatowania kontrowersyjnymi wypowiedziami. Czytając artykuł miałam nadzieję na szeroką debatę na ten temat, może wypłynęłyby z niej jakieś pozytywne efekty?

Niestety, dzień później media zaczęły donosić o zaplanowanym na sobotę coming out ks.Charamsy i wszystkie moje nadzieje okazały się złudne. Zamiast rozważań na temat coraz bardziej agresywnego języka debat publicznych, medialnym tematem numer 1 stała się orientacja seksualna ks.Charamsy. I raczej nie ma już szans na to, żeby udało się spokojnie podyskutować o poziomie naszego języka i szacunku dla innych poglądów.
Zgadzam się z ks.Bonieckim, że "Nie pytaj, kto powiedział, ale patrz, co powiedział", ale w tym przypadku słowa zawarte w artykule zostały całkowicie przyćmione przez wszystkie kolejne wypowiedzi, wywiady oraz konferencję prasową, na której przedstawił oficjalnie swojego narzeczonego. I to właśnie jest problem. Nie ma dla mnie żadnego znaczenia homoseksualizm ks.Charasmy - gdyby zamiast narzeczonego przedstawił narzeczoną - moja reakcja byłaby taka sama. Nie wiem jaki cel chciał osiągnąć poprzez skupienie na sobie uwagi mediów z całego świata, ale wydaje mi się, że musiał zdawać sobie sprawę z tego, że opublikowany artykuł pójdzie zupełnie w niepamięć i posłuży jedynie jako kolejny już bat na Tygodnik Powszechny. O co więc naprawdę chodzi? Mimo wszystko mam nadzieję, że o coś więcej niż tylko reklama nowej książki czyli cel jak najbardziej komercyjny.

Czytając ten artykuł, nabrałam szacunku dla ks.Charamsy. Teraz odczuwam zdecydowany niedosyt - stracono szansę na tak potrzebną debatę. Również na temat stosunku nas wszystkich od osób homoseksualnych. Niezależnie od tego wydaje mi się, że wcześniej czy później czeka nas także dyskusja na temat celibatu w Kościele - tu jednak zdecydowanie inicjatywa powinna wyjść ze środowiska samych kapłanów. Kto, jak nie sami księża wiedzą najlepiej, jak ważna jest to dla nich sprawa? Kiedyś już zresztą o tym pisałam:

Przemilczany temat

Co będzie dalej? Na pewno sprawa nie ucichnie.
Póki co, TP opublikował oświadczenie:

Sprawa ks.Charamsy: oświadczenie


piątek, 07 sierpnia 2015

in vitro

Ostatnie tygodnie, mimo wakacji i wysokich upałów, to burzliwe spory światopoglądowe na temat metody in vitro. Ustawa została uchwalona, choć emocje wcale nie opadły i z pewnością wrócą też po wyborach parlamentarnych.
Jak na in vitro powinien spojrzeć katolik? Nie jest to problem łatwy i prosty i budzi wiele wątpliwości. Sama kilkakrotnie o tym pisałam na blogu:

In vitro

Cieszę się, że nie musiałam stawać przed takim dylematem, tym bardziej, że głos Kościoła w tej sprawie wcale wcale nie jest jednoznaczny. W przypadku aborcji sprawa jest jasna: skutkuje to ekskomuniką. A in vitro? Ze strony różnych duchownych słyszymy wiele wypowiedzi, często kuriozalnych i stygmatyzujących. Nie kojarzę jednak, abym usłyszała w sposób prosty i jednoznaczny, czy jest to grzech ciężki, a jeśli tak tak - to czyje sumienie obciąża? Rodziców? Lekarzy? A może in vitro skutkuje także ekskomuniką?

Kilka dni temu opublikowany został dokument KEP:

Oświadczenie w sprawie konsekwencji na płaszczyźnie sakramentalnej, wynikających z głosowania i podpisania ustawy dotyczącej procedury in vitro.

Na dobrą sprawę można to odczytać, że ekskomunika dotyczy tylko tych, którzy głosowali za przyjęciem ustawy przez parlament. Ci, którzy głosowali przeciwko czyli za pozostawieniem obecnego stanu całkowitego braku regulacji prawnych w sprawie in vitro - nie są obciążeni? Czy na pewno przed wejściem w życie tej ustawy było lepiej? Mam bardzo poważne wątpliwości.
Najbardziej mnie jednak niepokoi kwestia przyjmowania Komunii Św. Zawsze do tej pory wydawało mi się, że warunkiem przystąpienia do Komunii jest stan łaski uświęcającej. Biorąc pod uwagę, że rozgrzeszenia udziela Bóg w Sakramencie Pokuty - nie bardzo rozumiem tego wymogu publicznego ogłoszenia swojego stanowiska. Czy w przypadku parlamentarzystów tajemnica spowiedzi nie obowiązuje? Rozgrzeszenie jest możliwe po ogłoszeniu w mediach? Ja tego nie rozumiem i chętnie usłyszałabym oficjalny komunikat Kościoła wyjaśniający moje wątpliwości.


 

poniedziałek, 19 stycznia 2015

tabletka po

Unia Europejska uchwaliła, że tabletkę "po" można kupować bez recepty, trwają przygotowania do wprowadzenia tego rozwiązania także u nas. I już jest ostra awantura...
Nie jestem ani lekarzem ani farmaceutą, nie potrafię obiektywnie stwierdzić, na czym polega jej działanie, ale z tego, co wyczytałam w sieci nie jest to tabletka wczesnoporonna. Jej działanie ogranicza się do wstrzymania owulacji. Warto też zauważyć, że kolokwialne określenie "tabletka po" oznaczać może różne środki farmaceutyczne, każdy o innym składzie i działaniu. Ostatnio najwięcej mówi się o specyfiku pod nazwą ellaOne.

Na ten temat wypowiadali się także różni przedstawiciele Kościoła, przypominając o tym, że jej użycie stanowi grzech ciężki. Szczerze mówiąc - nieco mnie zdziwiło. Do tej pory zawsze słyszałam, że z punktu widzenia nauki Kościoła wszystkie farmakologiczne i mechaniczne środki antykoncepcyjne są zakazane. Dotyczy to nawet prezerwatyw, mimo, że ich użycie nie dopuszcza do zapłodnienia, więc nie można tu mówić o zabijaniu życia poczętego. Dodatkowo, prezerwatywa chroni przed zarażeniem chorobami wenerycznymi i AIDS, co w takiej chociażby Afryce może mieć kluczowe znaczenie. I tak naprawdę nie spotkałam jasnego wyjaśnienia tej sprawy. Mam wrażenie, że obowiązuje tu raczej zasada "nie bo nie".

A tabletka "dzień po"? Cóż, to kwestia sumienia każdej z kobiet. Każda katoliczka, znając konsekwencje - albo się podda zakazowi Kościoła, albo nie. Z własnego doświadczenia wiem, że nie są to łatwe decyzje. Ja sama nie zdecydowałabym się na użycie tego typu środków, bez względu na to, czy jest czy nie na receptę. Jednocześnie jednak uważam, że moja wybory są moje i nie mam prawa narzucać ich innym. Tym bardziej, że ani człowiek ani jego wiara nie sprowadza się tylko do tego, czy, jak, z kim uprawia seks i jak zabezpiecza się przed ciążą. 


wtorek, 15 lipca 2014

Poziom sporów ideologicznych ostatnio zaostrza się coraz bardziej. Coraz częściej mówi się już wręcz o ideologicznej wojnie, zupełnie tracąc z oczu przedmiot sporu. Ostatnio jestem bardzo zapracowana, mam mało czasu na obserwację i komentowanie bieżących wydarzeń, ale to, co widzę - zupełnie mi się nie podoba.
Jestem katoliczką, wierzącą i praktykującą, ale nie mam najmniejszego zamiaru uczestniczyć w żadnych wojnach. Przede wszystkim dlatego, że swoje chrześcijaństwo widzę przede wszystkim jako szerzenie dobra, a nie walkę ze złem....
Zdaję sobie poza tym sprawę z tego, że ludzie są różni, nie wszyscy są wierzącymi i praktykującymi katolikami, ale każdy z nich jest moim bliźnim, w dodatku ma prawo do swoich poglądów. Czy powinnam ich nawracać? Nawet jeżeli, to na pewno nie siłą i przemocą czy wykorzystaniem władzy państwa. Moim zdaniem nie chodzi tu także o "pokonanie wroga" - przykazanie miłości zupełnie nie o tym mówi. Jeżeli mam nawracać - to jedynie dobrym przykładem i życiem zgodnym z zasadami, a nie zmuszaniem innych do przyjęcia tych zasad.

W kontekście ostatnich głośnych wydarzeń z naszego życia publicznego widzę to tak:

  • Golgota Picnic - czy uraża to moje uczucia religijne? Zupełnie nie. Głównie dlatego, że nie mam bladego pojęcia, o czym jest ta sztuka. Być może są tam wątki antyreligijne, ale moja wiara jest silna tym, że czytam Ewangelię, a nie tym, że innym zabraniam czytać/oglądać utwory bardzo od niej dalekie.
  • "sprawa profesora Chazana" - cóż będąc katoliczką - nie dopuszczam do siebie myśli, że mogłabym dokonać aborcji. To kwestia mojego własnego sumienia, a nie sumienia narzucającego własne przekonania lekarza.
    Z tego co słyszałam - prof.Chazan jest dobrym lekarzem. Ma prawo do deklaracji sumienia i jako lekarz może odmówić wykonania czy uczestniczenia w procedurach medycznych niezgodnych z jego sumieniem. Nie rozumiem jednak dlaczego podjął się kierowaniem szpitalem, wiedząc o tym, że stanowisko dyrektora wiąże się z podejmowaniem decyzji sprzecznych z jego światopoglądem? Niestety, ale wygląda na to, że na stanowisko dyrektora nie ma wystarczających kwalifikacji. Ograniczeniem jest tu jego wiara. I nie traktowałabym tego jako szykanowania osób wierzących - wprost przeciwnie, może powinna działać tu zasada, że dla swojej wiary poświęcił możliwość zrobienia kariery? Może przecież pracować jako zwykły, szeregowy lekarz i czynić wiele dobra.
  • prezydent Gronkiewicz-Waltz - czy na pewno rozwiązanie umowy o pracę z prof.Chazanem powinno skutkować ekskomuniką? Ogłaszaną w mediach? Przecież to jakaś paranoja, którą nawet trudno skomentować. 

Mam wrażenie, że ostatnio coś dziwnego dzieje się z naszą wiarą. Wykorzystywaną politycznie, do niszczenia przeciwników, a nie dla szerzenia Ewangelii. Dokąd nas to zaprowadzi? Krzyż Chrystusa nie jest bronią w zaciśniętych pięściach - jest symbolem miłości. Jeżeli za tym krzyżem nie ma miłości do bliźniego - nie jest już żadnym symbolem.

Tagi: wiara
10:03, marzatela , Kontrowersje
Link Komentarze (23) »
piątek, 30 maja 2014

Podpisana przez 3000 lekarzy i studentów medycyny deklaracja wiary lekarzy wzbudza ogromne kontrowersje i podziały w społeczeństwie. Spór staje się coraz ostrzejszy i poważniejszy, a wygląda na to, że to dopiero początek, będzie jeszcze gorzej.
Może warto jednak uporządkować fakty? Pełna nazwa podpisanego już przez 3000 lekarzy dokumentu to: "Deklaracja wiary lekarzy katolickich i studentów medycyny w przedmiocie płciowości i płodności ludzkiej". Jego pełna treść jest tu:

Deklaracja wiary lekarzy

Lista lekarzy, którzy ją podpisali tu:

Lista lekarzy

Wydaje mi się, że warto się zapoznać z treścią tego dokumentu, żeby nie dyskutować z faktami medialnymi czy interpretacjami polityków.

Ja mam mieszane uczucia. Przede wszystkim napisany jest fatalnym językiem, pełnym patosu i górnolotnych sformułowań, kiepski stylistycznie. Jeśli chodzi o wynikające z deklaracji przesłanie - podchodzę do tego chłodno i z dystansem. Lekarze mają prawo do klauzuli sumienia i to nie na podstawie tej deklaracji, ale na podstawie obowiązującego prawa, zarówno krajowego jak i unijnego. Podpisanie deklaracji wiąże się więc praktycznie tylko z tym, że otwarcie i publicznie przyznają się do stosowania tej klauzuli w swojej praktyce lekarskiej. Zakładam też, że będą konsekwentni i na drzwiach gabinetów również pojawią się odpowiednie deklaracje. Także wtedy, gdy będzie się to wiązało z konsekwencjami wynikającymi z ograniczoną realizacją kontraktu z NFZ. W Wielkiej Brytanii są znane przypadki, gdy lekarzom stosującym klauzulę sumienia ograniczane są np. prawa do uzyskania specjalizacji.
To, co mnie najbardziej tu uwiera to fakt, że dyskusja dotyczy tu tylko i wyłącznie sumienia lekarzy. A co z sumieniem pacjentów? Boję się tego, że idąc do lekarza - zamiast porady i leków dostanę lekcję wiary. Ja jestem katoliczką, staram się stosować w swoim życiu zasady wiary. Wynika to z mojego wyboru i mojego sumienia, nie chcę jednak, aby było ono łamane przez lekarza, który korzysta z klauzuli sumienia swojej wiary. Gabinet lekarski to nie miejsce na nawracanie. Jeżeli natomiast trafię do szpitala i będę się wykrwawiać - nie chciałabym nie uzyskać pomocy dlatego, że zasłaniający się klauzula sumienia lekarz jest Świadkiem Jehowy i podanie mi krwi jest sprzeczne z jego wiarą.

Z punktu widzenia wiary - lekarze podpisujący deklarację zasługują na uznanie. Tym bardziej, że wiąże się to jednak z konsekwencjami. Wprawdzie postulaty odebrania prawa do wykonywania zawodu padają ze strony radykałów i mimo, że deklaracja jest zupełnie pomija "dobro pacjenta". Z pewnością jednak oznacza to, że liczba miejsc pracy dla lekarzy z listy może być znacznie ograniczona. Cóż, to świadomy wybór, tym bardziej więc należy go docenić.



wtorek, 19 listopada 2013

Problem urażania uczuć religijnych co jakiś czas staje się tematem trafiającym na medialne czołówki. Ostatnio głośna była sprawa wystawy w Centrum Sztuki Współczesnej, gdzie jedną z ekspozycji był film ukazujący nagiego mężczyznę ocierającego się o krucyfiks. Czy jest to urażanie uczuć religijnych? Z mojego punktu widzenia tak, choć sprawa jest bardziej złożona.
Czytałam w internecie komentarz autora do tej pracy. Podobno inspiracją było dla oburzenie na bardzo powierzchowną, ograniczoną tylko do zewnętrznej symboliki, religijność. Mogę to zrozumieć, gdyż sama mam podobne podejście - staram się nie przywiązywać do symboli, a raczej koncentrować na tym, co one przedstawiają. Nie oznacza to jednak, że takie deprecjonowanie symboli mnie nie rusza. Owszem, bardzo mi się to nie podoba, choć zarówno moja wiara jak i uczucia z nią związane nie są aż tak kruche i słabe, abym czuła na nich uszczerbek. Tym bardziej, że jestem tu raczej konsekwentna - tak samo jak nie podobała mi się np. głośna swego czasu ekspozycja Doroty Nieznalskiej, tak samo obrazoburcze wydawały się głośne modły do zdjęcia Marii i Lecha Kaczyńskich przyczepionych do krzyża na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie.

Nie jestem znawcą sztuki i żadnym autorytetem w tej dziedzinie. Coś albo mi się podoba i robi na mnie wrażenie, albo nie. Nie oglądałam żadnego z tych głośnych medialnie dzieł sztuki. Zdaję sobie sprawę, że sztuka powinna poruszać, mam jednak wrażenie, że dzieła oparte głownie na "szarganiu świętości" mają charakter głównie interaktywny - są obliczone właśnie na powszechne oburzenie i protesty. Manifestacje i zbiorowe modły przed CSW są jakby integralną częścią takiego dzieła, bez nich mało kto by się nim zainteresował. Czy w ten sposób patrząc - na pewno warto brać udział w tych protestach? Ja mam wątpliwości, przecież w ten sposób przyczyniamy się do propagowania tego, przeciwko czemu protestujemy.
Inna sprawa, że nie podoba mi się także dyktat "jedynie słusznej religijności". Każdy ma prawo do własnego sposobu wyrażanie swojej wiary i religijności. Co z tego, że nie podoba mi się jak robią to inni? Komuś innemu może nie podobać się to, jak ja to robię. W dodatku - wśród nas są także ludzie niewierzący - też mają swoją wrażliwość i też nie mają prawa narzucać nam swoich poglądów.


sobota, 28 września 2013

Doniesienia medialne ostatnich dni zostały zdominowane przez problem pedofilii w polskim Kościele. Głównie w aspekcie jak Kościół sobie radzi - a w zasadzie - nie radzi z kolejnymi ujawnianymi przypadkami molestowania czy wykorzystywania dzieci.
Zawsze podkreślam, że Kościół to wspólnota ludzi wierzących, a nie tylko duchowieństwo. Oznacza to jednak, że jako członka Kościoła ten bolesny problem, wprawdzie pośrednio, ale dotyczy także mnie. Nie da się odwrócić głowy i powiedzieć "nie moja sprawa". Tym bardziej, że słuchając oficjalnego głosu niektórych przedstawicieli Kościoła instytucjonalnego, zbyt często odczuwam niedosyt, a nawet niesmak. Wprawdzie zdaję sobie sprawę, że zainspirowane wcześniejszymi wydarzeniami w innych krajach media rzuciły się ostro na temat, ale taki jest współczesny świat - im bardziej bulwersujący news, tym większa jest "oglądalność". W niczym jednak nie usprawiedliwia to stosunku do samego, bardzo przecież bolesnego problemu. Nie da się zrzucić winy na media - zupełnie tracimy w ten sposób istotę sprawy.

Wyraźnie niestety widać, że niektórzy hierarchowie zupełnie tu sobie nie radzą i stosują starą sprawdzoną metodę "trwania w oblężonej twierdzy" i zamiatania sprawy pod dywan. Niestety, nie tylko się to nie sprawdza, ale przynosi efekty zupełnie przeciwne do zamierzonych.  W dodatku jest to bardzo krzywdzące dla innych.
Moim zdaniem skala pedofilii w polskim Kościele jest nieporównywalnie mniejsza niż wyszło to na jaw w innych krajach w Europie i na świecie, jednak z pewnością nie jest to tak, że nas to nie dotyczy. Tym bardziej, że pojedyncze przypadki zostały już ujawnione i za każdym razem spotykało się to z reakcją zaprzeczania przez Kościół, wyciszania i ukrywania. Efekt jest łatwo przewidywalny: skoro hierarchowie Kościoła nie potrafią odważnie zmierzyć się z prawdą, nazwać zło złem i stanąć w obronie ofiar - przestają po prostu być wiarygodni i to kwestii moralności. Czy dla kapłana może być coś gorszego? Co myślą i czują uczciwi i oddani księża, na których podejrzliwie zaczynają patrzeć parafianie posyłający dzieci na religię? Jak wierzyć w naukę głoszoną przez dostojników Kościoła, skoro potrafią zaprzeczać w sprawach oczywistych?
Czy naprawdę tak trudno zrozumieć, że ludzie wierzący też mają problem ze zrozumieniem postępowania Kościoła instytucjonalnego?

Oglądałam wczoraj konferencję w siedzibie KEP:

Kościół przeprasza ofiary pedofilii

Byłam pod wrażeniem - w końcu w Kościele odezwał się jasny, wyraźny i zgodny z oczekiwaniami wiernych głos. Mam nadzieję, że w końcu inni hierarchowie przekonają się, że to jedyna droga, którą może pójść Kościół. Tym bardziej, że na tym tle, na tej samej konferencji prasowej, straszliwym dysonansem okazał się głos kanclerza Kurii Warszawsko-Praskiej. To, co mówił - wypadło tak fatalnie, że nawet nie chce się o tym mówić. W dodatku pogorszyło i tak już fatalny wizerunek medialny abpa Hosera, którego ostatnie posunięcia są zupełnie niezrozumiałe. Czy od biskupa nie oczekujemy, aby przede wszystkim był pasterzem, a nie urzędnikiem kościelnym? I w tym kontekście - nawet jeżeli coś "zostaje wyjaśnione po linii kościelnej" - to może warto pamiętać, że w tym Kościele są nie tylko księża, ale również wierni? Prawdziwego autorytetu nie zdobywa się przez samo założenie sutanny, trzeba go sobie wypracować. A stracić go jest bardzo łatwo.

Mam nadzieję, że zwycięży jednak opcja odważnego i szczerego zmierzenia się z prawdą, a nie jej ukrywania. I najważniejsze będą tu jednak ofiary - czyli bezbronne, skrzywdzone dzieci. I to nawet, gdy jeszcze nic nie jest udowodnione, prawomocne jak w przypadku ks.Grzegorza K. - dobro dzieci i zaufanie parafian muszą tu być na pierwszym miejscu. Choć wcale nie oznacza to, że od takiego kapłana mamy się odwrócić czy wręcz wykluczyć z Kościoła. Nikt z nas nie jest bez winy, nie mamy prawa do rzucania kamieniami. Człowiekowi, także grzesznemu trzeba pomóc, ale grzech i zło musi być nazwane i potępione.



czwartek, 19 września 2013

Po ostatniej wypowiedzi papieża Franciszka na temat opłat za sakramenty, również u nas ponownie rozgorzała dyskusja na ten temat. Od kilku dni w mediach można spotkać wiele wypowiedzi szczegółowo omawiających finanse Kościoła, najczęściej bardzo krytycznych, w dodatku często wygłaszanych przez ludzi z zewnątrz, a więc zupełnie niezainteresowanych. Niestety,  wywołani do odpowiedzi nasi hierarchowie też jakoś kiepsko sobie radzą, wywołując kolejne kontrowersje i tylko zaostrzając problem.
Mam wątpliwości słysząc z ust prymasa Michalika, że nasi biskupi wcale nie żyją w nadmiernym bogactwie, gdyż przejawami nadmiernego bogactwa jest na przykład hodowla koni. Kilka dni temu gdzieś w internecie czytałam o proboszczu, który prowadzi hodowlę koni, przeznaczając zarobione pieniądze na utrzymanie biednej parafii. Na tym tle hodowla danieli abpa Głódzia dość kiepsko wygląda.
Nie wiem jakie samochody mają biskupi, ale cena 150 tysięcy to jednak raczej górna półka cenowa i o skromności mało świadczy. Może pasowałoby to do wiernych jeżdżących bentleyami, ale nawet w bogatych diecezjach raczej nie ma ich zbyt wielu. A na tle przeciętnego mieszkańca diecezji - jest to jednak raczej luksus.
Zdecydowanie rozczarował mnie także bp Pieronek uzasadniający opłaty tym, że koszty giną w sumie ogólnej. Owszem, z pewnością koszty wesela są bardzo wysokie i opłata za ślub stanowi tylko maleńką ich cząstkę, jednak nie podoba mi się takie spojrzenie.

Pewnie jestem idealistką, ale razi mnie mówienie o opłacie za udzielenie sakramentu. To jednak zdecydowanie nie ta kategoria. Moim zdaniem sakramentów nie powinno się kupować, gdyż w ten sposób łatwo o ich niedostępność dla tych, którzy po prostu nie mają pieniędzy.  Czy za chwilę doczekamy się opłat także za spowiedź czy komunię?
Jednocześnie jednak, będąc członkiem Kościoła, za oczywiste uważam, że moim obowiązkiem jest także utrzymywanie tej wspólnoty. Daję tyle ile mogę - rzucając na tacę, czy dając datek przy różnych okazjach. Najczęściej na pytanie "ile" - dostaję odpowiedź "co łaska". Daję więc tyle, ile mogę i traktuję to rzeczywiście jako darowiznę. Choć szczerze mówiąc - wolałabym aby stała skarbonka i mogłabym to zrobić bardziej dyskretnie. Gdy ostatnio zamawiałam mszę w intencji i zobaczyłam, jak siostra w biurze parafialnym dopisała w terminarzu kwotę mojego datku - poczułam się dziwnie.
A gdybym nie dała nic?
Ze swoistym "wymuszeniem" opłaty w swojej parafii spotkałam się natomiast przy Pierwszej Komunii Św. mojego syna. Oprócz opłat za dekorację kościoła (kwiaty itp.), proboszcz zażądał także "daru ołtarza". Zbiórka według listy, nie słyszałam o żadnych zwolnieniach, a wiem, że w klasie mojego syna było kilkoro naprawdę biednych dzieci. Sytuacja powtórzyła się rok później - w ramach uroczystego obchodzenia rocznicy. Dzieci "rocznicowe" również musiały opłacić składkę i kolejny "dar ołtarza". Pamiętam, że wtedy rodzice się buntowali, ale w końcu płacili. Jedynym efektem tego buntu było to, że jako pamiątkę tej rocznicy dla każdego dziecka kupiono dodatkowo egzemplarz Pisma Świętego i rodzice uzależnili przekazanie darowizny dla parafii od własnoręcznego wpisania przez proboszcza dedykacji dla każdego dziecka.
Teraz mam już innego proboszcza, finanse parafialne są bardziej czytelne, a co za tym idzie - parafianie też bardziej hojni. Choć nadal mam wrażenie, że nie ma tu większego poczucia, że utrzymanie wspólnoty, także kościoła parafialnego, a nawet diecezji jest naszą wspólną sprawą i musimy o nią dbać. Mimo wszystko - te kontrastujące z poziomem życia wiernych biskupie limuzyny jakoś drażnią. Tym bardziej, że nasi hierarchowie ustawiają się raczej ponad nami, a nie pośród nas. A biskup w parafii - to wizytacja, a nie wizyta i spotkanie z wiernymi.

A papież Franciszek daje taki piękny przykład. Nam wszystkim także.

papież Franciszek


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:






Twoja wyszukiwarka






ministat liczniki.org

Zobacz najciekawsze strony katolickie



Skopiuj CSS