Jestem katoliczką. Ale tak naprawdę co to oznacza? Jaki ma to wpływ na moje życie codzienne, na wszystkie małe sprawy, na dokonywane wybory?
sobota, 24 lutego 2007

"Przewodnik Katolicki" - 23 lutego 1930r.

Przygotowania do soboru powszechnego

   Ojciec św., jak donoszą, ma wydać polecenie podjęcia na nowo prac soboru powszechnego, przerwanych zajęceim rzymu w r.1870.

Historia to nie moja domena, nie czuję sie tu mocna. Wydaje mi się jednak, że do tego soboru nie doszło ? Może wojna przeszkodziła ? Wojna, której wtedy jeszcze nie przewidywano. Na róznych stronach Przewodnika wspomina się wojnę, ale mimo wzmianek o Niemcach - głównie w kontekście Pomorza i Śląska - nie czuło się jeszcze żadnego zagrożenia .   

 

Wczoraj obchodziliśmy Dzień Walki z Depresją.  Sporo było na ten temat w mediach. Nie znam się na medycynie, nie chcę więc się wymądrzać na temat metod leczenia, chće po prostu dorzucić swoje 3 grosze .

Wiem, że depresja jest bardzo poważną chorobą. Też często miewam załamania i dołki psychiczne. Kiedyś, przechodząc taki kryzys mówiłam ,że mam depresję. Przestałam , gdy zetknęłam się z osobą w zaawansowanym stadium depresji. Widząc spowodowane kilkakrotnymi próbami samobójczymi blizny na rękach, obserwując lęk w oczach członków rodziny na każdy telefon czy rzucanie przez nich wszystkiego i szaleńczy bieg do domu - przestałam. Teraz mówię co najwyżej, że mam chandrę.

Depresja jest w moim odczuciu jakby chorobą duszy, chociaż objawy może mieć bardzo somatyczne. Ja sama często zdenerwowanie odchorowuję dolegliwościami żołądkowymi. Podobno najgorsze co można powiedzieć człowiekowi w głebokiej depresji to "weź się w garść". Faktycznie, gdyby to było takie proste - to każdy sam bez problemu móglby na to wpaść, prawda ? Tym bardziej jednak nie sądze, aby sprawę załatwiła tabletka. Pewnie to przypadek, ale od kilku tygodni często natykam sie w telewizji na reklamę właśnie tabletek na depresję. Marketingowo bardzo sprawna - czarno-biały obraz kobiety, pogrążonej w smutku i apatii,. A już na następnym ujęciu - po rozpoczęciu terapii reklamowanym środkiem - kolorowo i radośnie. Super, prawda ? Biorę tabletkę i wszystkie problemy znikają . Podobne działanie ma alkohol, tylko potem głowa boli ...
Irytuje mnie ta reklama straszliwie, przed wszystkim ze wzgledu na skutki. Tu przecież nie chodzi o lekarstwo na katar, który zniknie w wyniku działania jakiegoś cudownego lekarstwa na przeziębienie.

Powtarzam raz jeszcze - na medycynie się nie znam. Ale terapia sterowana reklamą telewizyjną - to też nie jest żaden autorytet. Tym bardziej, ze w przypadku depresji - same środki farmakologiczne nie załatwią sprawy. Myślę, ze potrzebna jest jeszcze głębsza terapia wnikająca w psychikę człowieka i próbująca sięgnąć do przyczyn, a nie tylko łagodząca skutki.  

Dla mnie najlepszą "tabletką" - w chwilach zagrożenia, lęku, zdenerwowania jest odmawianie różańca...

I jako puenta - przepiękny wiersz Wisławy Szymborskiej - będącej dla mnie "od zawsze" najwspanialszą poetka na świecie. Często używam określenia, że przy jej wierszach mnie "zatyka" . Nie potrafię ich komentować, gdyż w kilku linijkach jej poezji jest już wszystko powiedziane i nie da się nic dodać .

"Prospekt"

Jestem pastylką na uspokojenie. 
Działam w mieszkaniu, 
skutkuję w urzędzie, 
siadam do egzaminów, 
staję na rozprawie, 
starannie sklejam rozbite garnuszki - 
tylko mnie zażyj, 
rozpuść pod jezykiem, 
tylko mnie połknij, 
tylko popij wodą. 

Wiem, co robić z nieszcześciem, 
jak znieść złą nowinę, 
zmniejszyć niesprawiedliwość, 
rozjaśnić brak Boga, 
dobrać do twarzy kapelusz żałobny. 
Na co czekasz - 
zaufaj chemicznej litości. 

Jesteś jeszcze młody (młoda), 
powinieneś (powinnaś) urządzić się jakoś. 
Kto powiedział, 
że życie ma byc odważnie przeżyte? 

Oddaj mi swoją przepaść - 
wymoszczę ją snem, 
będziesz mi wdzięczny (wdzięczna) 
za cztery łapy do spadania. 

Sprzedaj mi swoją duszę. 
Inny kupiec się nie trafi. 

Innego diabła już nie ma. 

czwartek, 22 lutego 2007

Od wczoraj media pokazują przypadek 32-latka z Jastrzebia, który wystąpił do sądu o zgodę na eutanazję. Widziałam relację w "Faktach" TVN , pogrzebałam trochę w sieci. Temat bardzo trudny, ale myślę, że warto mu się przyjrzeć. Problem istnieje i będzi narastał wraz z postępem medycyny - nie ma więc sensu uciekać przed nim.
Oczywiście, jestem przeciwna eutanazji. Ale czy i jaka jest różnica pomiędzy eutanazja a uporczywą terapią podtrzymującą życie ?

Janusz Świtaj w wieku 18 lat miał wypadek motocyklowy. Nie wiem jakie odniósł obrażenia, ale w ich efekcie od 14 lat żyje podłączony do respiratora, ma bezwłądne nogi i ręce. Opiekują się nim rodzice - cały czas czuwający nad pracą respiratora, do którego jest podłączony, pilnujący odsysania itd.  Robili to nawet podczas pobytu syna w szpitalu, gdyż pielęgniarki po prostu nie nadążały z opieką nad wszystkimi pacjentami. Dwa razy w tygodniu przychodzi pielęgniarka, ale jest to za mało, aby można było poczuć jakąś ulgę i odciążenie. Rodzice są coraz starsi, zaczyna brakować im sił. Janusz Świtaj boi się tego momentu, kiedy jedno z rodziców umrze - drugie nie będzie w stanie udźwignąć tego ciężaru. Precyzyjnie wylicza jak długo będzie żyć w szpitalu , a jak długo w hospicjum. I umrze w straszliwych męczarniach - a tego nie chce. Dlatego , będąc w pełni świadomy, wystąpił do sądu z wnioskiem, aby po śmierci jednego z rodziców odłączono go od respiratora.... 
Wydaje mi się, że jest człowiekiem wierzącym - podczas reportażu telewizyjnego, na ścianie obok jego łózka widziałam święte obrazki.  Ze światem zewnętrznym komunikuje się za pomocą internetu - trzymanym w ustach ołókiem naciska klawisze klawiatury. Ma świetną stronę internetową - zresztą z nagrodami. Na tej stronie zamieścił też swój apel. 
Zobaczcie zreszta sami :

http://www.switaj.eu/news.php?readmore=46

Po przeczytaniu tego apelu - nabrałam wątpliwości. I nie są to wątpliwości związane ze stosunkiem do eutanazji jako takiej. Zastanawiam się nad tym - jak można mu pomóc. Wydaje mi się, że właśnie rozpaczliwie szuka pomocy. Po złożeniu pozwu w sądzie - od razu zainteresowały sie nim media i sprawa zrobila się głośna. Może właśnie o to chodziło ? Jest bezsilny, widzi jak z sił opadają jego rodzice i mimo wszystko - szuka tej pomocy do dalszego życia , a nie do śmierci. Jak sam o sobie pisze - prawidłowo funkcjonuje tylko jego mózg, a oglądając jego stronę internetową - widać że mimo cierpienia i kalectwa - ma coś do powiedzenia i chce mówić - głównie o motocyklach... Wniosek w sądzie jest uzasadniony tym, że państwo nie jest w stanie zapewnić mu właściwej opieki, a on sam nie chce teraz umierać - jeszcze ma kochających rodziców. Powracając więc do głównego pytania - jak można mu pomóc ?   Sponsor opłacający pielegniarkę ? Wolontariusze ?

A drążąc temat dalej, ale już w szerszym aspekcie. Eutanazja to w dosłownym tłumaczeniu - dobra śmierć. Pisałam tez o tym w mojej notce Dekalog V .  I zastanawiam się nad tym, co byłoby gdyby w tym wypadku dodatkowo doszło jeszcze do niedotlenienia mózgu ? I gdyby na tym łózku leżał nie sprawny umysłowo mężczyzna, ale roślinka (przepraszam za to określenie, ale chcąc specjalnie wyostrzyć problem - nie znajduje lepszego słowa) - odbierająca tylko podstawowe bodźce - ból, głód, ciepło ? I pamiętajmy cały czas o tym, że nie może funkcjonować bez respiratora !  Każda przerwa w dostawie prądu wymaga ręcznego napędzania całej maszynerii . Czyli maszyna jest w zasadzie częścią ciała, niezbędną do życia.   

Jaka jest więc granica między życiem i śmiercią ? Kiedy opuszcza nas nasza dusza nieśmiertelna i stajemy przed Panem, mimo, ze na ziemi uważają jeszcze, że to tylko śpiączka i sztucznie podtrzymują podstawowe funkcje naszego ciała ?  Jak poradzić sobie z tym problemem stojącym przy łóżku kogoś bliskiego ? Kiedy powiedzieć - dość, odłączamy . I czy przynosimy ulgę w cierpieniu czy zabijamy ?       

Kiedyś takich dylematów było mniej. Teraz medycyna stawia nas przed coraz trudniejszymi etycznie wyzwaniami, z którymi człowiek chyba nie potrafi się uporać. Ja nie potrafię. Na szczęście do tej pory życie oszczedziło mi takich problemów i modlę się, aby Pan Bóg nie stawiał przede mną takich wyzwań.

I dziękuję za to co mam. Przytłoczona codziennymi troskami i problemami - jak widac nie jestem najbiedniejsza na świecie. Nie koncentrujmy sie więc na sobie - rozejrzyjmy się wokół i sprawdźmy, czy przypadkiem ktos niedaleko nie woła o pomoc ....             

środa, 21 lutego 2007

Popielec

zdjęcie ze strony :http://liturgia.wiara.pl/?grupa=6&art=1046779700&dzi=1115658648

Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz

Rozpoczynamy Wielki Post. Wprawdzie nie ma dziś święta, ale idziemy do kościoła i pochylamy głowy przed kapłanem posypującym nam głowy popiołem. Przez najbliższych 40 dni będziemy pościć i mysleć nad tym co naprawdę w życiu jest istotne.
W praktyce to pewnie różnie wypadnie, ale ciągła zabawa, radość i uciecha - w końcu prowadzi do przesytu. A nic tak nie zaostrza apetytu jak wcześniejsze przegłodzenie się , prawda ?  Spróbujmy wię odmówić sobie (lub chociaż ograniczyć) trochę przyjemności. Może zamiast kawy i czegoś słodkiego do pogryzania podczas buszowania po internecie - szklanka wody mineralnej i czytanie Pisma Św. ? I trochę wyciszenia wewnętrznego ? Może warto wrócić do źródeł naszej wiary i zaczynając od konfesjonału - zrobić rachunek sumienia i pomyśleć nad tym, z czym mamy największy problem ?

A tu orędzie papieża Bendykta XVI na Wielki Post 2007

http://info.wiara.pl/index.php?grupa=4&art=1171359675

A więc  :

Nawracajmy się i wierzmy w Ewangelię

niedziela, 18 lutego 2007
  1.  
    1.  
      1. Jest jeden Bóg.
      2. Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze.
      3. Są trzy Osoby Boskie : Bóg Ojciec, Syn Boży, Duch Święty.
      4. Syn Boży stał się człowiekiem i umarł na krzyżu dla naszego zbwienia.
      5. Dusza ludzka jest nieśmiertelna.
      6. Łaska Boska jest do zbawienia konieczne potrzebna.  

Sprawy oczywiste dla każdego katolika, a w zasadzie - chrześcijanina. Wiadomo, że wierzymy w Boga w Trójcy Jedynego. Zrozumienie tajemnicy Trójcy Świętej to juz gorszy problem, ale tez jakoś do przebrnięcia. Ja często "podpieram się" spojrzeniem na samą siebie : jestem jednocześnie  matką , córką, siostrą, pracownikiem pewnej międzynarodowej korporacji, kobietą (pracującą !) , Polką, czlowiekiem itd. Wiem, ze w obliczu Trójcy Św. wszystkiego to nie wyjaśnia, ale może trochę pomaga ?
Wiemy także, że zostaniemy osądzeni za swoje uczynki - i te złe i te dobre. Aby było nam łatwiej w znalezieniu drogi jaką mamy iśc - mamy kierujące nas we właściwą stronę przykazania.
No i to co najważniejsze dla chrześcijaństwa - Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa. Gdyby nie to - byłby pewnie uznany jako jeden z proroków. W obliczu jednak śmierci na krzyżu i cudownej Tajemnicy Wielkiej Nocy - nawet samo Jego nauczanie nabiera zupełnie innego wymiaru - już nie ludzkiego,  a Boskiego . 
A nasza nieśmiertelna dusza ? Wiara w to, ze nasza ziemska śmierć to tylko przejście do innego wymiaru ? Wierzymy w to i z pewnością chcemy to w to wierzyć. Nasze życie nabiera przez to zupełnie innego sensu. Mysląc o tym co nas czeka "po tamtej stronie" - żyjemy tak (a przynajmniej staramy się), aby zasłużyć na nagrodę. Zdaje się, ze wyszłoto strasznie infantylnie ....   A chodzi mi o to z czym staniemy przed Bogiem, jakie było nasze życie, czy nie zmarnowaliśmy go, koncentrując się na przemijających błahostkach doczesności. 
A na koniec to co budzi we mnie może nie tyle wątpliwości, co pytania. Nie chciałabym żeby zabrzmiało bluźnierczo, ale sama sobie stawiając pytania, chciałabym znaleźć na nie odpowiedzi. Nie chcę, aby moja wiara była tylko bezmyślnym przyzwyczajeniem, rutyną i nawykiem. Codziennie chciałabym ją pogłębiać. Pewnie przez to tez powstał ten blog - czytając samą siebie (ale nie tylko) myślę o tym co piszę, wertuję  Pismo Św. , odwiedzam portale katolickie.
Do zbawienia niezbędna jest łaska Boska. Oczywiste. Powinniśmy tak żyć, żeby w każdej chwili być przygotowanym na spotkanie z Bogiem. Nie znamy dnia ani godziny (i tak jest lepiej) . Człowiek jest jednak ułomny - tak czesto upada, podnosi się , by znowu upaść. Czy jednak ktoś, kto całe życie żył przykładnie, zgrzeszył ciężko i nie zdążywszy odzyskac łaski w konfesjonale, zmarł  - na pewno będzie potępiony ?  Tak mnie uczono od dziecka i zastanawiam się , czy dobrze ? Nie tak dawno, podczas dyskusji na ten temat z koleżanką (absolwentką KUL-u) dowiedzialam się, ze w samym momencie śmierci mamy jeszcze możliwość żalu za grzechy i odzyskania łaski. Przychylam się do tej opinii, tym bardziej, że Bóg to Miłosierdzie, a nie twardy, despotyczny Sędzia ...  I dobrze, ze z tego miłosierdzia może każdy skorzystac - nawet największy zbrodniarz. Po ludzku z pewnością trudno zrozumieć, że byc może zbawiony będzie także np. Hitler czy Stalin.  Ale czy to nasza sprawa ? Przeciez ważne jest to jaki będzie bilans naszego własnego życia. Na Sądzie Ostatecznym nie będziemy się tłumaczyć "może nie zawsze postęowałam słusznie, ale mój sasiad był jeszcze gorszy". Każdy ma własne sumienie, nie szukajmy usprawiedliwienia w postawie "inni tez tak robią".
Kontynuując temat zbawienia - mam też wątpliwości odnośnie "wierzących inaczej".  Na świecie jest np. sporo muzułmanów. Dla nich wiara w Allacha to wiara przodków, jedyna słuszna i jedyna prawdziwa. Natomiast chrześcijaństwo to symbol znienawidzonego Zachodu i Ameryki, okupującego kraj i walczącego z muzułmanami. Czy można od nich oczekiwać, że nagle pokochają Chrystusa i zmienią wiarę ? Nie mają więc żadnych szans na zbawienie. A co by było gdyby Jan III Sobieski nie zwyciężył pod Wiedniem ? Może w chuście na głowie szłabym dziś nie do kościoła, a do meczetu ? Albo nigdzie bym nie szła tylko siedziałabym w haremie ? Na tak wiele rzeczy wpływa przypadek (choć pewnie zgodnie jakimś Boskim planem - starannie zaplanowany), ze trudno uwierzyć, aby tylko niektórzy dostali szansę na wieczne szczęście.

Tak więc - mając znikome szanse na racjonalne zrozumienie boskich zamiarów - w pewne rzeczy po prostu wierzę, bez przeprowadzania dowodu naukowego. Zreszta nawet matematyka ma swoje aksjomaty ...
A jako że niedziela jest piękna, słońce ślicznie świeci - sprawdzę, czy nie poszłam z psem na spacer. To tez będzie dobry uczunek, prawda ?   

"Lecz wam, którzy słuchacie, mówię : Miłujcie waszych nieprzyjaciół. Dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą. Błogosławcie tych, którzy was przeklinają i módlcie za tych, którzy was oczerniają . Temu, kto cię uderzy policzek, nadstaw i drugi, a temu, kto ci zabiera płaszcz, nie odmawiaj i tuniki. Dawaj każdemu, kto cie prosi, i nie dopominaj się zwrotu od tego, kto bierze twoją własność.  Jak chcecie, żeby ludzie wam czynili, tak wy im czyńcie. Jeżeli miłujecie tylko tych, którzy was miłują, jakiej wdzięczności możecie się spodziewać ? Przecież grzesznicy postępują tak samo. A jeżeli tylko tym pożyczacie, od których spodziewacie się zwrotu, jakiej wdzieczności możecie się spodziewac? I grzesznicy pożyczaja grzesznikom, aby tyle samo samo odzyskać. Wy natomiast miłujcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego w zamian sie ni espodziewając.  A  otzymacie wielką zapłatę i będziecie synami Najwyższego. On bowiem jest łaskawy dla niewdzięcznych i złych. Bądźcie miłosierni, jak miłosierny jest wasz Ojciec.

Ewangelia wg Św.Łukasza

Fragment Pisma Świętego tak bardzo związany z Przykazaniem Miłości - będącym moim zdaniem kwintestencją postępowania chrześcijanina. To fakt, tak powinniśmy postępować, ale z jakim skutkiem ? Ja też staram się, ale w pelni nie zawsze mi sie udaje . Chyba jednak cały czas trzeba próbowac , prawda ?

Kilka lat temu na ekrany kin wszedł film pt."Podaj dalej" . Tak jakoś dziwnie się złożyło, że nigdy go nie widziałam. Na podstawie zwiastunów, reklam i recenzji poznałam jednak jego główne przesłanie, które bardzo mi się spodobało. Pewnie zreszta nie tylko mi, gdyż słyszałam, że w USA powstal nawet jakiś ruch oparty na tej przesłance (wczesniej niż film) .
A chodzi o prosta zasadę : ktoś coś mi podarował czy zrobił dla mnie coś dobrego, a ja mam to "podać dalej"  - czyli pomóc komuś zupełnie innemu, przypadkowemu. W filmie z każdego dobrego uczynku należy zrobić dwa ....
Podoba mi się ta idea i w pewien sposób koresponduje z dzisiejszym czytaniem. W ten sposób każde dobro ma szanse na pomnożenie. I myślę, że czasami wystarczy nawet mała, drobna rzecz, która w efekcie "podwójnego domina" może przynieść nam wiele dobra. A poza tym - i tu juz banał i truizm : czasy są cięzkie i lżej będzie się nam żyło, nawzajem sobie pomagając. 

Oczywiście pod warunkiem, gdy zasady tej nie zastosujemy do pierwszej części : gdy ktoś nam zabierze płaszcz - nie zabierajmy płaszczy dwóm innym ludziom :)
To trudne - nadstawic drugi policzek, gdy ten pierwszy jeszcze bardzo boli. Szczególnie, gdy widzimy, że napastnik jest coraz bardziej rozzuchwalony naszą biernością. Cóż, raju na ziemi się raczej nie doczekamy, ale w porównaniu z wiecznością - cóż ważna jest ta chwila ? Pomyśłmy o tym jakie priorytety dominują w naszym życiu. Problemów to może nie rozwiązać,  ale nabierając dystansu - może uda nam się lżej znosić wyrządzaną nam krzywdę ?  

Tak bardzo potrzebując Boskiego miłosierdzia - bądźmy więc miłosierni dla innych.          

 

sobota, 17 lutego 2007

Przwodnik Katolicki - 19 stycznia 1930 roku

W kosciele - bez czapek

   Niejeden już raz zapytywano nas, dlaczego to teraz tak często w kosciele na nabożeństwach mężczyźni zatrzymują na głowach czapki lub kapelusze. " Studenci przy sztandarach - pisano nam jeszcze w ostatnich prawie dniach - stoją nawet w czasie podniesienia z czapkami na głowach, tak samo chorążowie w czasie procesji, a mianowicie wojsko stanowiące wartę honorową przy trumnach lub tworzące szpaler w czasie wielkich procesyj. Wiemy, że księżom wolno nakrywać głowy w kościele biretem, ale to należy do obrządku. Ale i oni nie mają biretów na głowach stale, a nawet biskupi w odpowiednich momentach zdejmują z głowy piuskę. Skąd więc taka poufałość niektórych mężczyzn wobec Pana Jezusa w kościele ?"
   Trzeba przyznać, że wielu ludzi gorszyło się często takim widokiem, gdy nawet nasi harcerze wchodzili często z kapeluszami na głowach do Kościoła.
   Wprowadza obecnie ład w te sprawy rozporządzenie naszego Najprzewielebniejszego Arcypasterza, powtózone, jak się zdaje, przez innych także Biskupów w Polsce. Jest w tym rozporządzeniu taki ustęp :
   "Mężczyźni, nie wyłączając chorążych jakichkolwiek organizacyj, wchodza do kościoła i uczestniczą w nabożeństwie z odkrytą głową : jedynie wojsko w pełnym rynsztunku pełniące służbę może przebywać w kościele i uczestniczyć w nabożeństwie w hełmach na głowie."
   A zatem odtąd jasna będzie sprawa. Jedynie żołnierze w pełnym rynsztunku, którzy kierować się muszą swojemi wojskowemi przepisami, mogą brać udział w wszelkich nabożeństwach, mająć hełmy na głowach.
   Poza nimi jednak wszyscy mężczyźni w kościele - bez czapek !

Niesamowite, prawda ? Wydawało mi się, że obowiązek zdejmowania czapek w kościele funkcjonuje od zawsze. Wprawdzie jako przedstawicielki "słabej płci" problem mnie nie dotyczył , ale sprawa była dla mnie oczywista. Nie pomyślałam nawet, że moze być inaczej. A tymczasem - jak widac - 77 lat temu wcale nie było to oczywiste.  

piątek, 16 lutego 2007

Mam przed sobą zszywkę "Przewodnika Katolickiego" z 1930 roku (pamiątka rodzinna). Minęło 77 lat od tamtej pory. Może warto porównać co i jak się zmieniło?  Założyłam więc nowy katalog "Pożółkłe kartki" i szperam w poszukiwaniu ciekawostek :)
Pisownię zachowam oryginalną.


 

Jak donosił Przewodnik Katolicki 5 stycznia 1930 roku :

Ojciec św. po raz pierwszy opuścił granice Miasta Watykańskiego

   Na dzień 20 grudnia u.r. przypadała rocznica pierwszej mszy św. odpprawionej przed pięćdziesięciu laty X. Achillesa Ratti, dzisiejszego papieża, Piusa XI . Dzień ten obrał Ojciec św. na pamiętne w dziejach Kościoła wyjście poza granice Watykanu niedawnego "więźnia". Wyszedł poza mury, których od r. 1870 t.j. od czasu zajęcia Rzymu przez wojska włoskie, nie opuszczali papieże : Pius IX, Leon XIII, Pius X, Benedykt XV, i - aż do dnia 21 grudnia 1929 - Pius XI.
   Te pierwsze swoje kroki poza obręb dzisiejszego Maista Watykańskiego skierował Ojciec św. do dawnej siedziby papieży , do Lateranu. W bazylice św.Jana (Laterańskiego), pierwszej bazylice Rzymu, oczekiwał Ojca św. kardynał Pompili wraz z kapitułą. Po odprawieniu Mszy św. udał się Ojciec św. do pałacu Laterańskiego, gdzie w dn. 11 lutego podpisywano wielkie dzieło panowania Piusa XI - układy laterańskIe, wyzwalające papieży z niewoli watykańskiej i zabezpieczające niezależność Miasta Watykańskiego jako Państwa Kościelnego.
   Tegoż dnia w kościele św.Karola na Corso w Rzymie. gdzie Ojciec św. odprawił pierwszą swoją Mszę św., odbyło się odsłonięcie pamiątkowego ołtarza, wzniesionego ze składek wiernych. 

Ciekawe, prawda ? Papież jako więzień ... Czy "nasz" Jan Paweł II - Papież Pielgrzym by to wytrzymał ? Musiało być to jednak wielkie wydarzenie w życiu Kościoła.
A samo określenie : Miasto Watykańskie ? Pierwszy raz się z takim czymś spotkałam, od zawsze w głowie mam pojęcie Państwa Watykańskiego.  Chociaz o układach laterańskich coś kiedyś słyszalam  - może właśnie we Wloszech, od przewodnika podczas zwiedzania tej bazyliki ?   Historia niestety nigdy nie była moją mocną stroną ...

środa, 14 lutego 2007

 Swiety Walenty

Dziś Święto Św.Walentego - patrona zakochanych. Doszukałam sie o nim informacji, że zył w III wieku i był biskupem w podrzymskiej miejscowości Termi, nieobca była mu medycyna. Podobno miał moc uzdrawiania chorych - głównie z padaczki, podagry i chorób nerwowych. Często tak właśnie bywa przedstawiany.

Zasłynął jednak głównie z udzielania potajemnych ślubów młodym zakochanym, czesto w tajemnicy przed rodzicami. Były to czasy panowania cesarza Klaudiusza II , który chcąc podnieść waleczność swojej armii, ajko remedium na tęskonotę za domem i rodziną legionistów - zakazał dawania im śłubów . Miał więc Św. Walenty co robić i przysłużył się wielu zakochanym parom. Gdy wieści o jego działalności dotarły na dwór cesarza - został skazany na śmierć . Podobno wyrok wykonano właśnie 14 lutego - chociaż są sprzeczne donisienia o roku : 271 ? 273 ?
A że zginął śmiercią męczeńską - jego kult szybko sie rozwinął.  

W dzisiejszych czasach patronuje więc wszystkim zakochanym , a dzień 14 lutego to Walentynki czyli właśnie Święto Zakochanych. I mimo, że tak jak wiele innych tradycji - straszliwie się skomercjalizowało i obrosło otoczką różnych serduszek, amorków itp. - to jest to jednak piękny dzień. Miłości potrzebuje każdy człowiek i każda okazja jest dobra, żeby to powiedzieć i okazać bliskiej sercu osobie. Nie wstydźmy się więc tego i niezależnie od wieku - poczujmy jak piękny jest świat , gdy ma się przy sobie swoją drugą połówkę . 

Pamiętając jednocześnie, że prawdziwa miłość to nie patrzenie na siebie nawzajem, ale wspołne patrzenie w tym samym kierunku .....

Patron Zakochanych    

niedziela, 11 lutego 2007

 Światowy Dzień Chorych

Dziś , jak co roku 11 lutego , przypada ustanowiony 15 lat temu Światowy Dzień Chorych. W wielu kościołach z pewnością będzie o tym mowa, będą modlitwy do Matki Boskiej z Lourdes - miejsca gdzie dokonało się tyle cudownych uzdrowień.

My też pamiętajmy w naszej modlitwie o chorych. Może jednak zróbmy coś więcej ? Dziś niedziela , dzień kiedy zwalniamy tempo , mamy wiecej czasu. Pomyśłmy o chorych i cierpiących w naszym otoczeniu i odwiedźmy ich. Pomyślmy o tych, którzy cierpią wyczerpani ciężka chorobą , często całymi dniami leżąc w łóżku - jak wiele dobra możemy im darować poświęcając im cząstkę naszego czasu, zainteresowania, troski.  
Wiem, że pocieszanie ludzi nieuleczalnie chorych nie jest łatwe. Sam widok cierpienia też z pewnością nie jest przyjemny, ale nasi bliscy chorzy potrzebują naszej pomocy.

"Byłem chory - a odwiedziliście mnie"  -

| < Luty 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28        
Zakładki:






Twoja wyszukiwarka






ministat liczniki.org

Zobacz najciekawsze strony katolickie



Skopiuj CSS